Z reguły na pokładach samolotów podczas II wojny światowej montowano działka szybkostrzelne o kalibrze w granicach 20mm. Jednak zdarzały się też takie kwiatki jak "działko" 57 mm w jednej z wersji De Havilland Mosquito oraz armata o kalibrze 75 mm w B-25. Zastanawiam się czy montaż broni o takim kalibrze był uzasadniony i czy nie można było zastąpić go niekierowanymi pociskami rakietowymi bądź szybkostrzelnymi działkami o mniejszym kalibrze, które mogły zniszczyć nawet czołg z reguły słabo opancerzony od góry.
Siła rażenia działek o mniejszym kalibrze wprawdzie mniejsza, ale za to ilość pocisków wysyłanych w stronę wroga nieporównywalnie większa. Szybkostrzelność
armaty 75 mm była niska a lecącego samolotu bezpośredni trafić w cel mając do dyspozycji kilka pocisków podczas danego nalotu nad cel nie było zapewne łatwo.
I przy okazji, czy były jakieś inne samoloty z tak nietypowym kalibrem artylerii pokładowej?